Street Fishing Poland czyli wielkomiejskie zawody wędkarskie

W sobotę 17 października na warszawskim Żeraniu odbyła się pierwsza edycja zawodów w formule street fishing. Konwencja łowienia w otoczeniu miejskiego zgiełku przyszła do nas z Zachodu i w dość szybkim tempie podbiła serca polskich wędkarzy. Z inicjatywą na zrobienie tego typu zawodów wyszła ekipa jerbait.pl, która to też stoi za powstaniem portalu street fishing poland, który zrzesza miłośników tej formuły. Inicjatywa ma na celu integrować miejskich wędkarzy, którzy często żyjąc w obłędnym pośpiechu znają się tylko zza szkiełek swych monitorów. Już na starcie zainteresowanie tego typu zawodami było naprawdę spore, a z dnia na dzień ilość chętnych rosła w ogromnym tempie. Organizator zakładał udział 50 uczestników jednak zainteresowanie spowodowało, że liczba zawodników wzrosła do 60. Byłem jednym z tych szczęściarzy, który dzięki temu posunięciu znalazł się na liście startowej i mógł się cieszyć udziałem w warszawskiej imprezce.
O godzinie 7 rano we wcześniej wskazanym miejscu (przy zrzucie ciepłej wody z elektrociepłowni na Żeraniu) rozpoczęła się rejestracja zawodników. Na starcie zostaliśmy wyposażeni w firmowe miarki na których mierzone i fotografowane miały być złowione ryby oraz karty startowe, w których miały znaleźć się informacje o trafionych zdobyczach. Po rejestracji przyszedł czas na przysłowiowe 3 słowa od organizatora i żeby sprawa była jasna nie chodzi o te same 3 słowa które usłyszał ojciec prowadzący z radia maryja. O godzinie 8 rozbrzmiała syrena startowa, po której wszyscy wędkarze ruszyli łowić.
Pierwszą miejscówką, która została dość mocno obstawiona był most, pod którym można było zarówno połowić jak i schować przed upierdliwym, siąpiącym deszczem. I tam już w pierwszych minutach padła pierwsza ryba klasyfikacji (okoń między 20 a 30 cm). Spora ilość osób ruszyła do komunikacji miejskiej by swojego szczęścia poszukać w dalej położonych odcinkach kanału. Przyznać muszę sam pierwszy raz łowiłem na tym odcinku kanału i poruszałem się po nim tak na wędkarskiego czuja. Z racji że do imprezy podszedłem na totalnym luzie i spontanie to postanowiłem przyeksperymentować po całości, i skupić się tylko na Okoniu. Tak na wszelki wypadek w aucie miałem przykitrany uniwersalny kij przy użyciu którego mogłem spokojnie obsłużyć przynęty szczupakowe jak i okoniowe (shimano 2,7m 7-21gr). Zafiksowałem się jednak sztywno na zabawę ultra lightem (kijek Favorite Ballance do 5 gr) tak by było inaczej niż z reguły kiedy to na końcu zestawu wisi większy jerk lub szczupakowe wahadło. Mogłem oczywiście ruszyć z dwoma kijami jak z resztą zrobiło trochę ludzi, ale jak znam życie to co najmniej jeden z nich bym połamał.
Na początku oddałem kilka kontrolnych rzutów spod wcześniej wspomnianego mostu, którym następnie przebiłem się na drugi brzeg. Były tam jakieś niby kapelony, trzcinowe kępki i pomyślałem, że może być szansa coś trafić. Na pierwszy ogień poszło małe, okoniowe kopytko Mikado Fishhunter w kolorze tigrefire, które w tym roku jest w czubie moich okoniowych przynęt. Po drodze spotkałem bardzo miłą ekipę z Radomia, która na stałe stacjonuje w Warszawie i łowi na stołecznej Wiśle. Rozmawiało nam się na tyle dobrze, że wspólnie ruszyliśmy na drugą stronę kanału, bo na drodze tego brzegu stanęły nam zawody spławikowe rozgrywające się w tym samym czasie. Akurat drugi brzeg kusił nas przycumowanymi łodziami, platformami, wyspami i dużymi polerami wystającymi z wody czyli iście okoniowymi miejscówkami. Deszcz niestety nie przestawał padać, a na domiar złego brania były rzadkością- nic nie mogliśmy poradzić , trzeba było machać. Na końcu kanału przycumowane były cztery spore platformy, które śmierdziały ładnym pasiakiem. Między nimi a nabrzeżem była wąska szczelina, w którą można było posłać gumisia. Na miejscu stał Maciek, którego poznałem podczas zawodów i właśnie z tej miejscówki miał już wyholowane dwa garby podchodzące pod 30 cm i jedną sztukę ok. 40 cm, która spadła podczas podciągania ryby w górę. Na tym spocie spędziłem trochę czasu, rozmawiając z poznanym chwilę wcześniej Maćkiem i szukając grasujących w okolicach platform garbusów.
Niestety jak na złość miejscówka nie chciała obdarzyć mnie żadną liczącą się rybą. Za to panująca wilgoć dawała się coraz bardziej we znaki. Ok. godziny 12 zszedłem do biura zawodów, gdzie na zawodników czekała ciepła herbata z ciasteczkami. Ogrzewając zmarznięte łapska poważnie myślałem o zmianie strategii na poszukanie ryby, na której łowieniu znam się najlepiej – Szczupaka. Postanowiłem jednak nie mięknąć i do końca szukać pięknego percha. Podejrzewam, że każdy z nas w swoich gumowych zapasach ma przynętę, o której skuteczności jest święcie przekonany mimo że nie dostała ona jeszcze ani jednego strzału. Tak właśnie mam z japońskim gumisiem Little Spider firmy Keitech. Według mnie jest wprost skrojony pod hurtowe łowienie ciekawskich, wszystkożernych okoni, a nie wyjął jeszcze nic… Postanowiłem dać mu szansę i przetestować go w bardziej stresujących i mobilizujących warunkach. Na miejsce ostatniej szansy wytypowałem raz jeszcze okolice pływających platform w pobliżu których na 100% był przyczajony ten mój wymarzony okoń. Tam spotkałem wracających z dalszych miejscówek chłopaków poznanych rano. Niestety wieści jakie przynieśli nie napawały mnie optymizmem, bo ich ilość ryb była równa mojej…
Postanowiłem nie mieknąć i sprawdzić czy znaleziona dzień wcześniej jednogroszówka działa i przyniesie mi szczęście :) Obrzucałem każdą dziurę w którą byłem w stanie wcisnąć małego pajączka. Niestety nic a nic nie chciało stuknąć :( Za to deszcz coraz bardziej zapierdzielał i odsiewał coraz bardziej zrezygnowanych zawodników. Zbliżała się godzina pierwsza i do końca zawodów została godzina z małym okładem. Dałem sobie ostatnie 10 minut i jeśli nic się nie trafi to odpuszczam. Na pożegnanie doczekałem się jednego strzału właśnie między nabrzeżem a zacumowanymi platformami. Stuknięcie jednak było bardzo delikatne i nieśmiałe, i nie zakończyło się trafionym zacięciem… Zdecydowanie przemoczony na tarczy wróciłem do biura, gdzie postanowiłem się zregenerować bo naprawdę przemarzłem. Następny dzień pracujący nie pozwalał mi na wygraną czającej się choroby. Pod biurem było już kilka osób, które podobnie do mnie godzinę przed końcem odpuścili łowienie. Było wiadomo o kilku złowionych okoniach i o dwóch szczupakach, niestety cisza o jakichkolwiek bolkach czy kleniach, które też były na liście punktowanych ryb. Pod rozstawionym namiotem z każdą chwilą przybywało ludzi a ilość miejsca chroniącego przed deszczem szybciutko się kurczyła. Na szczęście szef wszystkich szefów Remek swym urokiem osobistym załatwił schronienie w jednym z hangarów, gdzie bez problemu mogliśmy pomieścić przygotowane przez organizatorów stoły i ławy. Ludzi było coraz gęściej, a wszędzie było słychać niekończące się rozmowy wędkarzy- mniej lub bardziej związane z ich życiową zajawą.
Jednym z fundatorów nagród była manufaktura przynęt Love Bait, której charakterystyczne jerki typu „terminator” kojarzy spora ilość wędkarzy nie mówiąc już o pasjonatach tematu. Piotr, autor jerków, okazał się bardzo sympatycznym gościem, chętnie rozmawiającym i dzielącym się swoimi wędkarskimi doświadczeniami. W tak zwanym międzyczasie tura zawodów dobiegła końca, a do bazy zaczęli zjeżdżać pozostali i niezmordowani zawodnicy. Po zdaniu wszystkich kart przyszło na podsumowywanie punktów, kiedy to uczestnicy mogli się posilić w specjalnie przygotowanej kantynie, za którą wszyscy dziękujemy naszemu forumowemu koledze. Po obiadku przyszło do wyczekiwanej koronacji zwycięzców, ale zanim zostali ogłszeni ci najskuteczniejsi tego dnia, to wśród uczestników zostały rozlosowane nagrody pocieszenia. I jako że trafił mi się taki worek rozpusty to szczerze mogę powiedzieć, że były one naprawdę nieskromne.
Po losowaniu nagród nadeszła część właściwa. Kategorię w których można było zgarnąć konkretniejsze nagrody wyglądały następująco: największy boleń, szczupak, okoń i kleń oraz klasycznie najciekawszą pulę upominków zgarniali zdobywcy największej ilości punktów. By podgrzać atmosferę najpierw napiszę jak wyglądała klasyfikacja największych złowionych ryb:

największy bolek- brak

największy kleń- brak

największy okoń- 39 cm – Michał Wesołowski

największy szczupak- 55 cm – Daniel Pełda (podczas zawodów padł jeszcze tylko jeden zębacz)

Lista zwycięzców pierwszej warszawskiej edycji Street Fisging Poland wyglądała następująco #werbelek

miejsce 3- Michał Wesołowski

miejsce 2- Przemek Wojciechowski

miejsce 1- Daniel Pełda

Jak widać po wynikach zawody były bardzo zacięte i de facto jedną złowioną rybą można było wskoczyć na pudło. Za trzy pierwsze miejsca zwycięzcy otrzymali nagrody od naprawdę hojnych sponsorów, wśród nich znajdowały się: Konger (przygotowali 3 pięknie wykonane wędki spiningowe z okazjonalną dedykacją), Varivas Polska, Dragon, Salmo, Love Bait, Jerbait.pl, Z-Man Polska, Kamatsu, Quick Bait, Krzysztof Gżybek, Izumi Polska, Woblery TG  i kilka innych, których nazw niestety nie spamiętałem za co serdecznie przepraszam. Po koronacji zwycięzców z racji na pogodę większość uczestników rozjechała się do domów tym bardziej, że wśród uczestników były także osoby które pokonały przeszło 300 km by móc wystartować w tej zacnej imprezie. Warto też wspomnieć, że organizator zadbał też o najmłodszych wędkarzy których obdzielił całą masą upominków. Nota bene były to dwie dziewczynki i do jednej z nich trafił także zestaw much jako, że była jedynym uczestnikiem zawodów, który próbował swoich sił zestawem muchowym.
Po tej krótkiej relacji chyba nie muszę już pisac, że mimo nie sprzyjającej pogody i słabej aktywności ze strony drapieżników to wydarzenie zorganizowane było naprawdę super i pewnie większość z uczestników weźmie udział w następnej edycji (oby miała ona miejsce jak najszybciej np. spring edition :) A najbliższe miasto do którego zawita ekipa Street Fishing Poland to Wrocław. I będzie to już 21 listopada. Bardzo możliwe że i ja zbiore się i spróbuję swoich sił na nieznanych mi wrocławskich wodach.

Chcecie dowiedzieć się więcej to wbijajcie na stronkę street fishing poland, a tam znajdziecie wszystkie informacje o tym czym jest ten odłam pięknego hobby jakim jest wędkarstwo.

Pozdrawiam

Borys

Related Posts
Comments
  • Sasza

    Brawo Borys! Super się czyta! I zachęciłeś mnie do Wrocławia.

Leave a Comment


*

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.