DA SIĘ!!- czyli miesiąc miodowy z wędką

Jak to tak wyszło

Z początkiem lutego poślubiłem moją kochaną Olcię. Tym samym dla wielu wędkarzy przeszedłem na ciemną stronę mocy. Dalej jak to tradycja nakazuje po ślubie para małżonków udaje się w romantyczną podróż na przykład do Paryża lub Wenecji. U nas jednak nie wyglądało to tak hop siup, a to z kilku powodów. Pierwszym była ciąża. Chcąc nie chcąc warunkowała ona formę i kierunek podróży. Drugim powodem jest oczywiście moje fiksum dyrdum na punkcie łowienia i poznawania nowych miejscówek. Po wspólnych naradach wybór padł na Berlin i Amsterdam. Z czego mnie bardziej kręciło to drugie miasto. Powód jest prosty – chodzi o możliwość łowienia drapieżników do połowy marca i fakt że Holendrzy dysponują cholernie rybnymi wodami. W miejskich kanałach, porcie czy głównej rzece Amstel można trafić piękne okonie, szczupaki i sandacze. Nie bez powodu impreza World Predator Classic odbywa się właśnie w Holandii. Tak obfity rybostan jest między innymi konsekwencją tego że większość Holendrów hołduje zasadzie Catch and Release. A to przekłada się dość znacząco na ilość pływających ryb w wodzie.


Na co postawiłem czyli kwestie sprzętu

Przygotowania ślubu i wesela stały się na tyle absorbujące, że do wyjazdu do krainy wiatraków podszedłem na lekkim fristajlu. W ramach przygotowań odwiedziłem Poznańskie Targi Rybomania. Jednym z celów wycieczki do Poznania było spotkanie się z Karolem Wójcikiem. Karol jest mazurskim kotem, który obdarzony umiejętnościami i treningiem na naszych polskich wodach na holenderskiej ziemi po prostu wymiata. Nie ważne czy to Zed, okoń, mucha czy casting, Karol i tak ciśnie ostro. Spotkanie z Karolem dało mi pewnie obraz łowienia w Holandii. W tym miejscówek, przynęt i metod które powinienem zastosować. Wiedziałem że nie będzie łatwo bo pora roku dość późna, a bez znajomości wody to trochę zabawa w macanego. No i jak na świeżo upieczonego męża przystało powinienem był pamiętać, że to miesiąc miodowy a nie typowy wędkarski wypad. Tak czy inaczej nie było odwrotu.
Bogatszy o wiedzę przekazaną przez Karola wyposażyłem się w kilka gum i blach, których zamierzałem użyć podczas wypadku. Za główny cel stawiałem sobie spotkanie z grubym, portowym okoniem no ewentualnie zedem. Przynętą która przypasowała mi jeszcze przed wyjazdem był hiszpański ripper Hart Absolut w rozmiarach 85 mm i 100 mm. Przynęta charakteryzuje się starannym wykonaniem ciekawą kolorystyką a sugestywna praca jest wynikiem rozwiązań konstrukcyjnych. Oczywiście nie zamierzałem się ograniczyć do jednej przynęty, tym bardziej że w pudełku było sporo keitechów, Bass Assassinów i innych wynalazków, w które wyposażyłem się między innymi na stoisku sklepu przynetyswiata.pl.
Wędka jaką zabrałem to pożyczony lekki spinning Kongera o ciężarze wyrzutowym od 3 do 18 gram. Tym kijem zamierzałem obsłużyć te średniej wielkości gumy uzbrojone w główki jigowe o masie około 5 gram. Zabrałem ze sobą dwa kołowrotki. Pierwszy to Spro microjig 2000 z nawiniętą żyłką Stroft-a. Drugim młynkiem był Shimano Rarenium z nawiniętą grubszą plecionką na wypadek gdyby gryzły sandały.
Tak wyposażony ruszyłem na nasz nietypowy miesiąc miodowy.


Licencja i pierwsze ruchy nad wodą

Pierwszym ruchem który należało podjąć po dojechaniu na do miasta było ogarnięcie licencji. I tu muszę powiedzieć, że jest to dość proste. Oczywiście jeśli wcześniej ogarniemy cały temat za pośrednictwem internetu. Sprawa się komplikuje jeśli tak jak ja postanowicie załatwić tę sprawę na miejscu. W gąszczu ludzi ciężko trafić na kogoś kto wie gdzie się udać by od ręki zakupić stosowny glejt. Po kilku godzinach poszukiwań udało nam się złapać dobry trop. Okazało się że prowadził on do małej klitki z kilkoma zleżałymi fotkami na witrynie z bardzo miłą i pomocną panią za ladą. Wystawiła mi pożądaną licencję, wręczyła mapę z ponumerowanymi miejscami gdzie mogłem łowić (a mogłem prawie wszędzie) i życzyła udanych połowów.

Amsterdam jest typowym miastem portowym przez które przepływa solidna rzeka Amstel a samo miasto poszatkowane jest setkami kanałów mostków i takich tam pierdół. Dla osób jarających się Street Fishingiem jest to istny raj, z tą zaletą, że tam naprawdę są ryby. Dodatkowym plusem wszystkiego jest panująca w mieście atmosfera, która sprzyja spacerowaniu i poznawaniu nowych ludzi. Z zakupioną licencją i rozbuchaną nadzieją ruszyłem wraz z Olą i wędką na street fishingowe zwiedzanie miasta. Klucząc małymi uliczkami co i raz trafialiśmy na miejsce w którym musiałem oddać choć jeden kontrolny rzut. Miejsca które obławiałem w pierwszej kolejności to przęsła mostów, polery i burty nabrzeży. W teorii każde z tych miejsc powinno obdarzyć mnie rybą w praktyce jednak wyglądało to zupełnie inaczej.
Zerowa aktywność ze strony ryb w płytkich kanałach zmusiła nas do przemieszczenia się do portu głównego. Tam mogłem spodziewać się głębszych miejsc w których mógł czaić się żerujący drapieżnik.
Podczas długich spacerów nie spotkałem nikogo wędkującego… Chciałem zaczerpnąć trochę wiedzy na temat zwyczaji tamtejszych zbójów. Idąc w stronę portu podjechał do mnie młody Holender pytając z pełną zajawą czy wędkuję i czy udało się coś trafić. Od razu zaczęliśmy rozmawiać i pokazywać sobie zdjęcia swoich zdobyczy. Pokazałem mu także swoje pudełka i zapytałem co powinienem zawiesić na końcu zestawu. Chłopak popatrzył i wybrał 3 typy gum. Wśród nich była typowana przeze mnie guma Hart Absolut w sandaczowym kolorze typu marchewa. Powiedział że teraz jest ciężki czas a ryb trzeba szukać na głębszej wodzie-może tam coś się trafi. Powiedział też w kilku słowach jak wygląda łowienie drapieżników w cieplejszych miesiącach po czym pognał dalej do pracy. Naładowany mocą i wiarą w przynętę przyśpieszyłem kroku by jak najszybciej znaleźć się w porcie. Pogoda niestety nie rozpieszczała padało wiało i w ogóle sraczka.

 

Po dotarciu do punktu docelowego postanowiłem szybko i sprawnie obrzucać głęboką wodę, bliskie polery i burty przesuwanych statków. Na jednej z ostatnich keji zaliczyłem dwa pstryknięcia. Rozciągliwa żyłka i miękki kij skutecznie uniemożliwiały zacięcie ryby na długim dyszlu. Co ciekawe oba brania które zaliczyłyem na tej miejscówce były właśnie na wytypowaną hiszpańską gumę. No nic trzeba było się zwijać bo pogoda naprawdę dawała w kość a jeszcze chcieliśmy pozwiedzać. Po pierwszym dniu rysował się nieciekawy obraz tego co mogło mnie spotkać na tym wypadzie- ale nie zamierzałem się poddać.
Drugi dzień zacząłem dwugodzinnym wędkarskim spacerem po okolicy. Była środa rano wszyscy pędzili do pracy lub do szkoły a ja z lekkim spinningiem rozpoczynałem kolejny dzień okoniowego śledztwa. W pierwszej części spaceru badałem kanały z pobliskiej dzielnicy De Pijp. Niestety poza reklamówką i oponą rowerową nic nie postanowiło przyatakować mojej przynęty. Wrócić postanowiłem wzdłuż rzeki Amstel i zatoczyć pętlę wracając na śniadanie. Nabrzeże rzeki okazało się maksymalnie zastawione pływającymi chałupami, których jestem naprawdę sporo. Obrałem strategię na obstukiwanie szczeliny między tratwami. Tam gdzie było to możliwe posyłam przynętę na dalsze odległości. Niestety droga powrotna na pusto…
Po śniadanku przy akompaniamencie pięknej pogody wybraliśmy się zwiedzić pobliski browar Heineken i okoliczne sklepy z płytami. Czas z ukochaną żoną, wędką z pięknym miastem w tle leciał nieubłaganie szybko. Podczas jednej z przerw na kawę pewien nowo poznany emerytowany Amerykanin z Pensylwanii powiedział, że najczęściej wędkarzy widzi w okolicach głównego portu i muzeum na statku. Nie kombinuję więcej postanowiłem wraz z Olcią wybrać się w znane już nam okolice. Na miejscu Ola poszła do kawiarni znajdującej się na dachu muzeum Nemo (odpowiednik naszego muzeum Kopernika), a ja obszedłem biczowane dzień wcześniej keje. Niestety ani małe ani duże gumy nie dawał efektu. Wolnym krokiem, wciskając się w co ciekawszą miejscówkę kierowaliśmy się w stronę domu.

Ostatniego poranka udało się tak rozłożyć zajęcia, że przed planowanym wyjazdem znalazłem dwie godziny na pożegnanie się z portowymi drapieżnikami. Mówiąc dwie godzinki Warto zaznaczyć że dojście i powrót zajmowało coś koło godziny do półtorej. Oczywiście po drodze zaliczając inne ciekawe miejsca. Niestety mimo obczajania książkowych miejsc żaden pływający Holender nie chciał się ze mną pożegnać. Z podkulonym ogonem wróciłam do domku, gdzie na otarcie łez czekało na mnie pyszne śniadanko. „Wyłowieni”, wyspacerowanii i szczęśliwi ruszyliśmy w kierunku Arena A gdzie zaparkowaliśmy auto. Tu warto wspomnieć, że w Amsterdamie jest istna masakra z parkowaniem (średnio 4 euro za godzinę i to nie w centrum). Najtańszą rzekomo opcją jest stadion Ajaxu ale to i tak jest koszt około 75 euro za 3 dni. O darmowe miejsca parkingowe trzeba chyba pytać najstarszych Indian.


Podsumowując

Zbierając do kupy 3 dni w Amsterdamie mogę śmiało powiedzieć że jest to raj dla osób uprawiających Street Fishing i nie tylko. Piękne kanały, rozbudzające wyobraźnię mosty, intensywnie żyjący port to to co może przekonać wędkarzy do tego szalonego miasta. Poza kwestiami wędkarskimi sincity oferuje masę knajpek, sklepów z płytami i takimi tam zajawkowymi tematami i oczywiście coffeeshopy. W kwestii rybności wody nie radzę sugerować się moimi osiągnięciami z połowy lutego, bo sytuacja w maju czy czerwcu wygląda zupełnie inaczej. A trafienie medalowego drapieżnika jest wielce prawdopodobne.

Co do miesiąca miodowego z wędką to uważam, że dla chcących i rozmawiających głów nie jest to większy problem. Odważę się stwierdzić, że jest to dość ciekawa forma zwiedzania i trzaskania konkretnych spacerów, podczas których można przegadać wiele ważnych spraw. A to odbije się pozytywnie na waszym dalszym życiu. Oczywiście nie można się nastawić tylko na łowienie, bo wtedy zgotujecie swojej drugiej połówce najgorszy wyjazd poślubny jaki mogła sobie wyobrazić (no chyba że też jest zapaloną wędkarką).

Pozdrawiam serdecznie

Borys

PS: Polecam zajebiste ciuszki Angry Pikes- www.angrypikes.com

Related Posts

Leave a Comment


*

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.