World Predator Classic 2017 [txt + video]

Ten rok dla mnie jest rokiem zmian. Wyjechałem z wielkiego miasta, na bezludne Mazury, zakończyłem prace w dużej, renomowanej firmie wędkarskiej i postanowiłem przejść na niepewne swoje. Co roczny wypad na skandynawskie wody zamieniłem na wypad do Holandii, której celem był start w jednej z największych imprez wędkarskich – World Predator Classic. W miarę pewne szwedzkie łowienie zamieniłem na koleżeński wypad na totalnie niepewny teren. Niepewny nie z racji braku ryb a z racji mojego nastawienia na miejskie łowienie z brzegu. A moje dotychczasowe wyniki na tamtejszej, miejskiej wodzie były zerowe. Do startu i wyjazdu trochę mnie podpuścił kolega Jakub, który w ramach prezentu urodzinowego i urlopu postanowił wystartować w tej rozsławionej imprezie. A wizja, że i ja mogę zostać Małyszem europejskiego wędkarswa przeważyła szalę wyjazdu :)

Tegoroczna edycja imprezy odbyła się po raz kolejny w malowniczym, portowym miasteczku, którego nazwy żaden zdrowo myślący Polak nie jest w stanie wymówić- Hellevoetsluis. Wędkarsko wygląda to cudownie. Z jednej strony ogromna woda, która wypełniona jest ogromnymi szczupakami, sandaczami i monstrualnymi okoniami. A z drugiej strony miasteczko poszatkowane jest różnej wielkości kanałami, które regularnie są najeżdżane przez hordy drapieżników z dużej wody. Trafiając na fotki moich kolegów mieszkających na obczyźnie wiedziałem, że tam nawet łowiąc z brzegu mogę pobić swoje dotychczasowe życiówki. Po dojechaniu na camping ostro zgrzani i napaleni na wędkowanie na pełnym speedzie rozstawiliśmy namioty, ukręciliśmy zestawy i polecieliśmy na miacho. I tak szybko jak się zebraliśmy na ryby tak szybko dostaliśmy blachę na odmuł od holenderskich ryb, które przytłoczone panującymi upałami nie myślały o jakiejkolwiek współpracy. Termometr w Deeperze pokazywał, że woda ma 29 stopni a miejscami nawet 30. To bardzo dobrze obrazuje jakie upały panowały w Holandii. Łowienie w dzień i noszenie ze sobą całego mandżuru było istną katorgą. I tak by nie zanudzać was opisem każdego dnia z naszego pobytu- a przyjechaliśmy kilka dni przed startem zmagań, powiem że te nieludzkie upały towarzyszyły nam do samej imprezy. Łowić się dało jedynie późnymi wieczorami i nocą. Po zachodzie słońca nieśmiało aktywowały się sandaczyki, których kilka udało nam się złowić. Mi najbardziej sprawdzał się nieduży Fishunter i Saira uzbrojona w trujkątną główkę.

Kuba, z którym przyjechałem już pierwszej nocy rozbił bank trafiając na wejściu do głównego kanału ogromnego szczupaka mierzącego 128 cm!! Bez dwóch zdań ryba warta kilu słów jednak nie było mnie tam a rybę owiały różne legendy- dlatego nie wnikam w ten temat. Tak czy srak Jakub trafił potężnego klamota, który połasił się na leniwie opadającego dragonoskiego Jerkiego. Do samych zawodów kombinowaliśmy i szukaliśmy rozwiązań by nie uschnąć a przy okazji trafić jakiegoś drapieżnika. Wyniki były mizernę… W końcu nadszedł pierwszy dzień zawodów a na niebie widać było nadchodzącą zmianę pogody. Większe zachmurzenie, zmagający się wiatr zapowiadały ciekawy pierwszy dzień zmagań. Już po kilku pierwszych godzinach imprezy wiadomo było, że ta cała „dobra zmiana” jest tylko wisienką na torcie tej całej żenady. Cały dzień był walką o kontakt z rybą. Niestety zarówno ja jak i moi towarzysze z Niemiec, z którymi byłem sparowany nie wykorzystaliśmy danych nam szans. Finalnie pierwszy dzień zawodów w formule Street Fishing zakończył się wynikiem 25 ryb na 150 zawodników. Słabo?? Słabo to było dopiero dnia następnego kiedy to pogoda wydawał się być iście wędkarska, a ryb padło jeszcze mniej. To było grande finale w wykonaniu ryb!

Nasuwa się pytanie czy warto odwiedzać tą imprezę. Moja odpowiedź jest taka- warto! Największą wartością dodatnią tego wyjazdu byli poznani ludzie! Zarówno z Polski jak i z zza granicy. Świetnie bawiący się Niemcy, ostro grający i razem trzymający się Polacy i mega uprzejmi Holendrzy. Wszystko to okraszone totalnie sportowym, pozbawionym niezdrowej rywalizacji wędkarskim klimatem. Szczerze powiem, że gdyby nie Ci ludzie i klimat przez nich tworzony ta impreza nie miałaby szans przetrwać. Na tym etapie muszę pozdrowić ekipę Shimano Pawła, który ostro namieszał pierwszego dnia trafiając esoxa 80cm (oczywiście na Buster Jerka) oraz Piotra Guzę, szalonych reprezentantów Amigo Fishing, Łukasza z PM Fishing (te gumy kopią tyłek), Crazy Karolesa i jego szalone wędkarskie freestyle, wykręconych i zawsze uśmiechniętych polskich Belgów 😉 i wszystkich poznanych pozytywnie zakręconych wędkarzy- ukłony w Waszą stronę!

Czy pojadę za rok?? A na to pytanie teraz nie odpowiem :) ale jeśli czas i portfel pozwoli to pojadę z przyjemnością. Z ciekawostek powiem, że przyszłoroczna edycja Street-u ma odbyć się w Amsterdamie. Z jednej strony fajnie, bo coś nowego a z drugiej to to ryb może być jeszcze mniej niż „hellve-coś tam”:).

Reasumując wyjazd spoko, ryby du dupala, pogoda jak w Afryce, trawkę paliłem lepszą, a ludzi poznałem super. Jeśli chodzi o podium i takie tam tematy to Tomasz Krysiak i Robert Policha mocne i wypracowane 7 miejsce. Wierzcie mi na łodziach też ludzie zerowali!! W streecie dobrze powalczył Team Shimano z Pawłem Karwowskim w składzie zajmując 2 miejsce, a sam Paweł zajął 9te miejsce w indywidualnej klasyfikacji. Formułę Boat wygrał team Shimano a street młody Niemiec o imieniu Fabian. Ot i to był cały wyjazd!

Pozdro!

World Predator Classic 2017 by Mazurskie Szczupaki
Related Posts

Leave a Comment


*

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.