Z pamiętnika sandaczowego laika

Na wstępie powiem, że tekst o sandaczach jest wynikiem mojej kipącej zajawki, którą postanowiłem przelać na łamach swojego bloga. Proszę nie traktować mnie jako „łowcy sandaczy” bo póki co nim nie jestem! :)

Tak jak ostatnio pisałem ten rok mogę określić rokiem zmian. Jak do tej pory całe moje wędkarskie życie toczyło się wokół szczupaków. Wyjazdy do Szwecji, duże jerki, obławianie klasycznych szczupakowych miejscówek ogólnie wszystko kręciło się wokół mamusiek. I szczerze nadal jest to moja ukochana ryba. Z tą różnicą że przestałem jej poświęcać tyle czasu co kiedyś. A czemu tak?? A temu że trzeba się rozwijać i próbować nowych rzeczy. I tak właśnie padło na sandacze za którymi to ugania się lwia częśc moich wędkarskich ziomów. Jeszcze do zeszłego roku była mi to zupełnie obca ryba. O jej łowieniu wiedziałem tyle co z gazet, filmów i różnych for. Swoją teoretyczną wiedzę miałem okazję sprawdzić w praktyce podczas wyjazdu na rozsławionej w wędkarskim świecie rzece – Rio Ebro (LINK–> Rio Ebro- czyli absolutny brak paików). Niestety jako że był to służbowy wyjazd, na którym uganiałem się z kamerą za bandą wędkujących kolegów, na sandacze znalazłem raptem kilka godzinek :( Ta krótka chwila jednak wystarczyła by trafić swojego pierwszego, wymiarowego i świadomie złowionego wampira. Moment pukania o dno i nagłego pstryknięcia zapadł w moją pamięć długotrwałą. Wiedziałem, że chcę zagłębić się bardziej w temat świadomego łowienia tych ryb.

Jako że nie przepadam za łowieniem rzecznym, zwłaszcza kiedy wiąże się to z kilogramami pozostawionego w wodzie ołowiu i sylikonu to interesowały mnie tylko zedy z wody stojącej. Fakt, że przeprowadziłem się z całą rodziną w samo serce Mazur totalnie wpisał się w mój sandaczowy plan. Już podczas majowych szczupaków koledzy zapowiadali mi, że w czerwcu to mi pokażą prawdziwe łowienie. Bez zbędnej ekscytacji czekałem. I tak jak obiecali tak też się stało :) W czerwcu dzięki Przemkowi, Piotrkowi i Kubie zacząłem stawiać swoje pierwsze kroki w tropieniu tych niełatwych do trafienia drapieżników. Trudność w ich łowieniu polega na kilku kwestiach. Po pierwsze, wpadają na miejscówkę, robią raban i znikają. Po drugie, można spodziewać się ich na głębokości ok 10 m, w toni lub na dwu-metrowych górkach. Przydatna w tej całej zabawie jest też dobra znajomość zbiornika i umiejętne czytanie echa. No i na koniec to mega szybkie uderzenie, które wcale nie jest takie łatwe do zacięcia, zwłaszcza gdy ryba uderzy w półwody. Szczerze powiem, że toniowego zeda jeszcze nie udało mi się trafić, jednak wierzę, że z czasem i umiejętnościami przyjdzie moment i na te cwaniaki. Przy połowie tak żerujących ryb świetnie sprawdzają się woblery lub wysoko podwiązany dropshot.

Póki co ja się trzymam klasycznego opadu i stukania o dno. W zależności od miejsca stosuję główki od 10 do 20 g plus guma 8-12 cm. Na jesieni kiedy przyjdzie nam obławiać głębsze miejsca ciężar główek wzrośnie. Jednak póki co taka rozpiętość w zupełności wystarcza. W przypadku łowienia sandaczy bardzo ważną rolę odgrywa kij. Musi on być szybki i czuły. Charakterystyka brania, twardy pysk, sposób łowienia i szybkość uderzenia nakazują stosowanie wędek o pewnej charakterystyce. Źle dobrana wędka zaowocuje tym, że nie będziemy wyraźnie wyczuwali opadu czy delikatnych pstryknięć ryby, no chyba że trafimy na klocka który wyrwie nam kij z rąk to wtedy luz. Wędek sandaczowych na rynku jest od groma także na bank każdy znajdzie coś dla siebie. Kołowrotek do sandaczowego setu dobrze jakby miał trochę mocy. Chodzi tu głównie o dość ciężko zbrojone przynęty, które dają w kość korbie. Druga sprawa że sandacz dość specyficznie „walczy”. Uczucie jest takie jakby się ciągnęło jakąś cegłę, która nie za bardzo odjeżdża tylko pęcherzem pławnym steruje się w przeciwną stronę niż my tego chcemy. Ten element spotkań z zedami też nakazuje stosować przyzwoity sprzęt.

Jeśli chodzi o przynęty, które mi się sprawdziły, trafiłem dranie zarówno na jaskółki jak i na kopytka, a w Holandii jeden drań pokusił się na wleczonego po dnie worma. Dużo z przynęt polecili mi mega pomocni i doświadczeni panowie ze sklepu www.soft-baits.pl (mega profesjonalne podejście do sprawy bez zbędnego naciągania). Tak więc trzeba kombinować i się bawić. Jako materiał przyponowy stosuję fluorocarbon i póki co żaden zed mi go jeszcze nie obciął. Szczerze nie wiem czy przypon stalowy by mu przeszkadzał jednak tak mi polecili robić inni bardziej doświadczeni, więc tak robię. Problem pojawia się w przypadku dość często występujących, zębatych przyłowach :) które nie mają litości i tną taki fluorocarbon aż świszczy- w końcu król wód jest jeden!!

Dalej nie będę się mądrzył, bo w kwesti tych ryb mam jeszcze wiele lekcji do odrobienia, ale póki co mam mega zajawę i fun z ich łowienia. Ten klimat, skupienie przy każdym puknięciu o dno, szybkie uderzenia, mocne zacięcie – coś pięknego. Bardzo dziękuję wyżej wymienionym mordeczkom, że pokazali mi jak to się robi i że twardo chcą mi sprzedawać swoją sandaczową wiedzę- mordy nie zawiodę Was i nie sprzedam sandaczowych met :) No i trafię kloca!!!!

Pozdro!

Borys

Related Posts

Leave a Comment


*

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.