Podsumowanie roku 2017-ego

Bezlitosny początek

Rok 2017 już przeszedł do historii, jednak to co wydarzyło się na przestrzeni tego czasu zapamiętam do końca życia. Początek roku przywitał mnie strzałem prosto w kinol (ten typ uderzenia w nos, że łzy same pchają się do oczu), po którym ciągle ciężko mi się podnieść. Do krainy wiecznych łowów odszedł ten, który zaszczepił we mnie miłość do wędkarstwa, przyrody i Mazur – mój ukochany Tata. To pod jego okiem stawiałem pierwsze kroki jako młody adept wędkarstwa. On był świadkiem moich pierwszych sukcesów, porażek, radości czy frustracji, które kipiały ze mnie przy kolejnej poplątanej żyłce, czy straconej rybie. Do samego końca swojego życia pytał mnie, czy byłem na rybach i jak wyniki. Doskonale mnie znał. Wiedział, że każdą wolną chwilę spędzam na wodzie i że zanim przyszedłem go odwiedzić zdążyłem być już na rybach. Ten początek roku mnie mocno poturbował…

Mój wędkarski świat jest prawdziwą historią dziedzictwa pasji, którą ze zdwojoną mocą przejąłem po Tacie. Jest on moim wędkarskim bohaterem no. 1.

 „Patrz Marcinek zaraz chyba stracę pracę…”

Bah, w kwietniu czy maju skończyła się moja przygoda z marką, którą prawdopodobnie każdy z Was zna. A i oczywiście nieszczęście polegało głównie na tym, że nagle nie będzie sianka. Choć czas w firmie zaowocował kilkoma ciekawymi doświadczeniami zawodowymi i nade wszystko kilkoma nowymi dobrymi znajomymi. Moja kochana żona jak tylko dowiedziała się o zaistniałej sytuacji powiedziała „Boże! Jak się cieszę! Super!”

Ten ciąg zdarzeń trzeba było jakoś godnie zwieńczyć :) Tym sposobem wraz z żoną i synem postanowiliśmy zrobić szalony ruch i przeprowadzić się w samo serce Mazur. Wbrew wpływom młodzieży, która raczej ucieka z tych regionów my postanowiliśmy uwić tu nasze szczęśliwe rodzinne gniazdko.

 Szczupaki

Ten rok pod kątem szczupaka był naprawdę ciekawy. Na pierwszą sensowną rybę +/- 70cm musiałem czekać do połowy maja… Ilość drobnych ryb mnie po prostu rozwalała. Co wyjście to mimo dużych selektywnych przynęt trafiały się same kikuty :/ Mimo średniego początku finalnie z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że porządnie połowiłem tych zębatych parówek. Prawie cały ten sezon skupiłem się na trudnych, rynnowych Wielkich Jeziorach Mazurskich – to nie był łatwy czas. Mała ilość typowo szczupakowych miejscówek, twarde piaszczyste dno i ogromne obszary głębokiej wody powodują że jest to trudna szczupakowo woda. Duże sztuki pojawiają w klasycznych miejscówkach tylko w pewnym okresie. Podobne obserwacje kilka lat temu miałem odnośnie Żarnowca, który słynie z dużych ryb ale tylko w pewnych okresach można tam pięknie połowić z ręki. Na mojej mazurskiej wodzie oczywiście najlepiej byłoby „trolować” ale ta metoda jest zabroniona. I szczerze zgadzam się z tym ograniczeniem z racji na nieograniczony apetyt tutejszych „wędkarzy”…

Świat mały, ludzie się znają i wszyscy wiedzą kto jest kto dlatego nie piszę gdzie i na co połowiliśmy :) Ale na dowód, że coś tam siadło kilka foteczek :)

Końcówka sezonu czyli listopad kiedy to na wodach Gospodarstwa Rybackiego Mikołajki można łowić z łodzi tylko w weekendy (i to za dopłatą) oraz grudzień kiedy to już wcale nie wolno łowić, kieruje się na inne zbiorniki. W kilka wypadów udało się dosztukować parę rybek i odrobić kilka wędkarskich lekcji. Nie padły jakieś okazy ale wstydu też nie było. Ostatni szczupak 80+ trafiony 20 grudnia zamknął sezon 2017.

Okonie i nowa życiówka BAMMM!

No jest mi wstyd po tym sezonie, naprawdę jest mi wstyd… Po przeprowadzce na Mazury zupełnie odpuściłem pasiakom. Podejrzewam, że jest to wynik sandaczowej wkrętki jaką zaszczepili mi bracia Duda- dranie jedne 😉 Na szczęście, na samym początku sezonu, w majówkę podczas wspólnego wędkowania z kolegą Kubą udało mi się trafić oksa 45 cm i o równo 1cm pobić swoją zeszłoroczną życiówkę. Rybka wyjęta spod ławicy drobnej ryby na 10cm gumę, którą skubaniec zassał po samą główkę. Boże jak ja się cieszyłem!!!! Coś pięknego!!!

Im dalej w sezon tym mniej okoni :( Raczej pojedyncze ryby trafione gdzieś przy sandaczach. Z reguły były to sztuki między 30-35 cm ale na szczęście trafiły się też ryby z czwórką z przodu. Tak czy siak okoniowo mogę powiedzieć że był to sezon jednej ryby, która rzuciła cień na resztę trafionych pasiaków.

Rok wampira!

W zeszłym roku pisałem o swoich pierwszych przygodach z łowieniem sandaczy. Teraz natomiast mogę powiedzieć że zaliczyłem pierwszy rok ostrego sandaczowania. Praktycznie od czerwca do połowy września dzień w dzień trenowałem pod okiem Piotrka i Jakuba, którzy jeziorowym sandaczom poświęcili już kilka ładnych lat. Bez dwóch zdań można powiedzieć, że wiedzą z czym się je tropienie tych drapieżników. Chłopaki pokazali mi jaki sprzęt, jakie prowadzenie, metody, miejscówki – wszystko! To dzięki nim w ciągu roku przerobiłem materiał z kilku lat. Dziś mogę powiedzieć, że łowienie sandaczy to wytrawne łowienie drapieżników. To nie jest ryba dla wędkarskiego laika. Osoba która zaczyna przygodę z wędkarstwem w pierwszej kolejności musi opanować w jak najwyższym stopniu władanie wędką i kołowrotkiem. Doprowadzić do momentu, w którym integracja ruchów wędką, kręcenia korbką i utrzymywania ciągłego kontaktu z przynętą jest na możliwie najwyższym poziomie. Wtedy dopiero nauczymy się czerpać przyjemność ze świadomego łowienia sandaczy na spinning. W moim przypadku ten rok był sandaczowym MEGAskokiem rozwojowym. Regularnie punktowałem zedy odkrywając coraz to nowsze zachowania tych pokręconych ryb. I mimo że byków nie było to udało mi się przekroczyć barierę 70 cm, co w świetle tegorocznych wyników w naszej okolicy było wynikiem naprawdę niezgorszym :) Aktualnie mamy styczeń i trwa faza pstrągowa, jednak średnio dwa razy w tygodniu myślę o tych charakterystycznych pstrykach.

Kropki, widzę kropki

Kilka lat temu korzystając z okazji że jestem w Rymanowie postanowiłem porzucać za pstrągiem. Efektem był mój pierwszy pstrąg. Podczas tego samego wypadu z żoną jedną noc spędziliśmy pod Leskiem w namiocie rozbitym 1,5 m od szumiącego Sanu. Tam udało mi się trafić kolejnych kilka pstrągów. Rok później na jesieni na Islandi złowiłem swojego kolejnego kropka. Był on odrobinę większy od tych polskich ale ciągle wiedziałem, że stać mnie na więcej. Nareszcie w 2017 na Wielkanoc wybrałem się z Kubą (z nim też byłem na okoniach w majówkę) na poszukiwania rodzimych pstrągów. Kolega zabrał mnie w miejsce, w którym już kilka razy był i trafił parę ładnych ryb. Warunki były trudne. Padał paskudny deszczy, było zimno, gumowe wodery ograniczyły mi ruchy a rzeczka była naprawdę trudna i wymagała sporo gimnastyki. Na dodatek płynące z leśnych skarp błoto było naprawdę zdradziecko śliskie. Koniec był taki, że na jednym wyjściu złamałem 3 wędki i na jedną ze skróconych wędek trafiłem Kropka którego bez mierzenia potocznie określiłbym „piędziesiątakiem” :). To był piękny moment!! Wracałem totalnie zrezygnowany i zły na siebie że straciłem jedną rybę a za chwilę wsiadamy do fury spadamy. Jeden z ostatnich rzutów wzdłuż leżącego drzewa i BUUUM. Ale to była jazdunia!

Wędkarski chrzest, uciekające mamuchy i takie inne śmieszne…

No to po przeszło 20 latach wędkowania stało się!! Mam już swoją pierwszą wbitą kotwicę. Chyba jak u każdego zdarzenie było maksymalnie niespodziewane i stało się to w ułamku sekundy. Kilka minut, na łodzi lądują pierwsze szczupaki. Zakładam dużego twich baita na dużych, mocnych kotwicach i w pierwszym rzucie siada 35cm kikut. Śmichy chichy, rybka wyhaczona i jeszcze szybka fotka na której chce pokazać wielkość przynęty i wielkość ryby która połasiła się na naprawdę sporą przynętę. Już wszystko gotowe nagle paskudny glut wymyka mi się z ręki, spadając zahacza się o kotwicę a drugą kotwicą zawisa na moim udzie :/ Niestety na łodzi nie mamy ani porządnych obcęg ani nie jesteśmy wystarczająco znieczuleni, żeby przeprowadzić zmyślną akcję odhaczania przeprowadzoną według któregoś z rzeźniczych tutoriali na You Tube-ie. Niestety Musimy płynąć do fury i podupcać ok. 25 km do szpitala na SOR. Także dziś mogę śmiało powiedzieć, że przyjąłem chrzest spinningisty

Drugą historią, której na bank nie zapomnę to wyjście z Asem nr jeden czyli Piotrem M. Pogoda ładna, ale wieje jak diabli biczujemy od rana i nic. Po 2-3 godzinach mamy jedno wyjście i jeden odgryziony ogon. Trochę zrezygnowani łowimy i nagle BUM wyjście pięknej ryby do samej powierzchni- ta jednak nie trafiła. Chwilę później Marchel ciągnie piękną sztukę. Jest ogromna, może mieć metr, a kolor z cyklu złoty, ciemny błotniak. Ryba w podbieraku. Piotr skacze z radości bo jest naprawdę grubo. Łowca wyczepia przynętę i dalej robi…. HMMM no właśnie co on robi?!?!?!?! Popłakałem się ze śmiechu!!!

uciekające mamuchy
Tak w telegraficznym skrócie wyglądał 2017. Były ryby a czasem nie, były wyjazdy, zawody i takie tam. Wszystko na zajawie i z pasją. Masa śmiechów, złości, chwil zwątpienia. Myślę że ten rok był kolejnym rokiem „na plus” jeśli chodzi o moją wiedzę wędkarską. To ile siebie poświęcam rybom doprowadziło mnie do miejsca w którym zaczynam nowy etap. Od roku 2018 zasilam szeregi Temu Fox Rage Polska. Jest to dla mnie nie liche wyróżnienie że miedzy innymi takie firmy chciały ze mną rozmawiać i gdzieś tam w tłumie śledziły moje ruchy. Jest to kopniak energii i motywacji by w roku 2018 dać z siebie jeszcze więcej.

Wielkie dzięki wszystkim mordkom dzięki którym ten rok był taki jaki był!!

Oraz firmom Deeper i Soft-Baits.pl za zaufanie i udzielone wsparcie!!

Related Posts

Leave a Comment


*

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.